— Właśnie, i dlatego też one są miarą wartości człowieka.
— Ano, trudno. Widocznie więc ja, wobec tego, że jakiś tam Hiszpan na moment wywarł na mnie wrażenie, jestem istotą upadłą i zgubioną, samymi zdrożnymi wyposażoną instynktami. Voila!
— I jeszcze nie o to idzie. Ale widzisz, gdybyś nie dawała przyzwolenia temu przelotnemu i mimowolnemu uczuciu, tobyś się go wstydziła przed samą sobą i mnie byś nie opowiadała — w taki właśnie sposób!
— A tak, kłamać, kłamać i kłamać! To jest twój męski ideał kobiety! Och, Boże! Jakiżeś ty głupi! I ty się jeszcze śmiesz oburzać na taką księżną Helenę! Przecież to właśnie kobieta wedle twego serca!
— Nie rozumiesz mnie, jak zawsze.
— Widocznie nie dorosłam do twojej mądrości i... moralności.
— Nie chcesz mnie raczej rozumieć. Przecież pomyśl: Gdyby cię kto napadł i gwałt ci zadał, najgorszy jaki można, jeśliby się to tylko stało bez twej winy i wewnętrznego przyzwolenia, nic by ci nie można było zarzucić. Natomiast...
— Dobrze, dobrze, już wiem, tylko skończ już na miłosierdzie boskie, bo to tak strasznie nudne! Dręczysz mnie i siebie nie wiadomo za co, dlaczego i po co?
— Ha, może.
Zamilkli na jakąś chwilę. Pani Zośka chodziła znów po pokoju dużymi krokami. Wreszcie po pewnym czasie zbliżyła się do siedzącego wciąż męża i podsunęła mu dłoń ku ustom.