Czy mam co do powiedzenia? Właściwie nic. Słyszał Pan już zapewne od żony, że w najbliższym czasie — zaraz po powrocie — wstępuję w związki małżeńskie. Takie to dla mnie dziwne i niespodziewane, choć przecie właściwie — jak teraz jasno widzę — całe życie moje ku temu ostatecznemu zdążało celowi.
Pan jest astronomem, szkoda, że nie astrologiem, może by Pan wyczytał mój los w gwiazdach...
Dziwnie, dziwnie się wszystko w życiu układa. Zna Pan całą moją historię, powiedzmy raczej: naszą historię, nie będę więc, z niczego robił zbytecznych tajemnic. Uciekłem przed tą kobietą przed kilkunastu laty, gdy widziałem, że nie mogę jej posiąść na wyłączną własność, uciekłem, choć powiedzieć tego nawet nie umiem, jak mi to przyszło ciężko. I nie wróciłem, aż po dziesięciu latach, kiedym był pewien, że nie żyje już we mnie nic z tego, co było. Czy ta pewność moja nie była przedwczesna — bo ja wiem? — Bo ja wiem! Zastałem ją w innych warunkach, inną, zmieniło się wszystko, zdawało mi się, że to, co było, jest już tak przekreślone, wymazane i zapomniane.
A przecież nie można uniknąć swojego losu.
Nie mogłem być pierwszym, nie mogłem być jedynym, niechajże będę tym ostatnim, w którego oczach złote słońce w najcudniejszej krasie zachodzi. Nakłania się już dzień żywota: podobno o tej godzinie przychodzi ostateczna, siódma szczęśliwość...
Dlaczego ja o tym wszystkim piszę? Bo dziwny, niewytłumaczony niepokój mną owłada. Czy Pan miewał kiedy w życiu to wrażenie? Wdzierałem się raz na niedostępny, nogą żadnego Europejczyka nie tknięty jeszcze szczyt na granicy Tybetu. Marzyłem o nim przez cały rok, poświęciłem wiele trudu i kosztów i starań. I nareszcie pewnego pięknego wieczora stałem u jego stóp. Błyszczał przede mną w niesłychanej krasie, cały z lodu i ze słonecznego złota. Nazajutrz z kilku dobranymi i wypróbowanymi od dawna góralami miałem rozpocząć z nim walkę. Serce drżało mi dziwną, niecierpliwą radością.
I wie Pan, w tej właśnie chwili uczułem coś, co ogromnie trudno słowami określić! Nie wierzyłem swojej dobrej gwieździe. Zdało mi się naraz, że musi zajść coś takiego, co mi nie pozwoli spełnić gorącego od lat życzenia. Cokolwiek bądź. Może to być zarówno zwichnięcie nogi, jak jakieś potworne trzęsienie ziemi, które dumny szczyt wniwecz obróci... A przecież byłem tak bliski, tak bliski celu!”
Butrym odłożył list.
— Głupstwa pisze — mruknął przesądnie, myśląc o sobie.
Ale te „głupstwa” nie schodziły mu z myśli. Przecież i on w tej chwili znalazł się niespodziewanie blisko celu, o którym od jakiegoś czasu marzył... Obawy żony, a jego nadzieje, były już prawie pewnością... Czemuż ten Turski — nieproszony — pisze mu ten list i uświadamia mu skryty, zimny lęk, który w nim nurtuje? Mogłobyż się naprawdę stać jeszcze coś takiego, co by cały plan jego, przypadkiem tak cudnie się spełniający, wniwecz zdołało obrócić?