Nie, nie! Nie chcę mówić! Zbyt długo żyłem wśród ludzi Wschodu, pełnych przesądów i zabobonu, aby się teraz odważyć na wyraźne napisanie swych obaw.

Niechajże wszystko będzie, jak być ma i musi. Zdaje mi się, że i ta kobieta przekonała się, że jedynym ramieniem, na którym trwale oprzeć się może, jest moje, zbyt dużo niegdyś — może mimo woli — wobec niej przewiniłem, abym mógł pozwolić drżeć temu ramieniu, gdy ona po nie rękę wyciąga.

Po długich latach, gdzie liczyłem tylko na własne siły i zupełnie sobie wystarczałem (musiałem zresztą!), tak bym chciał teraz mieć kogoś bliskiego sobie, bardzo bliskiego... Prosiłbym Pana o przyjaźń, gdybym wierzył, że o taką rzecz w ogóle można prosić. Zresztą drogi nasze rozejdą się prawdopodobnie wkrótce i na długo. Zaraz po ślubie wyjedziemy oboje i z synem — może do Paryża? Do Londynu, czy do Ameryki? — nie wiem jeszcze, ale w każdym razie daleko stąd, aby w innym środowisku i wśród innych ludzi nowe rozpocząć życie. Ja chcę tego i chce tego księżna, choć może z innych względów. Rzeczywiście objawił się w niej nieprzeczuwany tak długo a ogromny talent artystki, dobrze będzie, jeśli znajdzie szerokie pole dla swych zdolności.

Powtarzam to za nią, bo co do mnie — kto wie, czy nie wybrałbym raczej życia tak cichego i spokojnego, jak Pańskie... Jasno mi się zawsze w duszy robi, kiedy myślę o Panu i Pańskiej żonie. Dnie czy wieczory, które spędziłem u Was, a zwłaszcza te, gdyśmy bez liczniejszego towarzystwa, we trójkę albo jeszcze z czwartym Śniegockim w jadalnym pokoju lub w Pana gabinecie siedzieli, błyszczą mi w pamięci, jakby dnie cudownej pogody na morzu, uśmiechem pani Zośki jak słońcem rozświetlonym.

Niech Pan ode mnie Pani ręce gorąco, gorąco ucałuje i powie jej, że cześć mam dla niej wielką i głęboką za to, że jest tak bardzo kobietą w całym a najlepszym tego słowa znaczeniu: że jest żoną i matką.

Czy pan pamięta? Raz w jakiejś, snać bardzo złej chwili, powiedział Pan do mnie, że kobieta może być tylko naszą nałożnicą albo matką naszych dzieci. Wstydzi się Pan tego? Powinien się Pan wstydzić, właśnie Pan! Mnie się wówczas zdawało (różne przykre były okoliczności!), że Pan ma słuszność. Ale to mnie się tak mogło wydawać, Panu nigdy! Niech Pan w tej chwili idzie i uklęknie przed swoją żoną i nie mówiąc nawet za co, bardzo gorąco ją przeprosi.

I niech się Pan na mnie nie gniewa, że to wszystko piszę. Tak dawno, dawno nie byłem z nikim szczerym i otwartym...

Chciałem do tego listu dołączyć sznur pereł, w tym celu nawet przy innych sprawunkach u tutejszego handlarza wyszukany, z pokorną prośbą, aby go Pan raczył złożyć ode mnie u stóp swojej żony i powiedzieć jej, że jest dla mnie tak czysta i jasna jak te łzy morza... Ale jak Pan widzi, tchórzę w ostatniej chwili i pereł nie posyłam. Boję się, by Pana nie urazić... W Azji to jest zwyczajem, tutaj w Europie już pono nie. A ja stoję na rozdrożu...

Napisałem przypadkowo zdanie, które mnie teraz zastanawia. Czyżbym rzeczywiście stał na rozdrożu? Nie, nie! Droga przede mną jasna i wytknięta...”

Odłożył znowu list. Nie umiał sobie wytłumaczyć, dlaczego napełniają go jego słowa głębokim i nieprzezwyciężonym smutkiem... To czuł, że Turski pisze właściwie nie do niego, lecz po to, aby myśli swe krążące i niespokojne ku jakiemuś określonemu zwrócić punktowi. Widział duszę jego, drżącą jak drzewo w zrywającym się wietrze, o którym nie wiadomo jeszcze, czy jest zapowiedzią burzy, czy tylko przelotnym podmuchem przed długą ciszą wieczorną.