— Może ja jestem naprawdę do tej wody podobny, o której Turski pisze — uśmiechnął się — i cień teraz na mnie pada od chmur, przebiegających na jego niebie?
Targnęła nim nagła i niespodziewana myśl, gdzie może być w tej chwili jego żona? Wiedział, że wyszła z domu przed godziną, nie powiedziawszy mu swoim zwyczajem, dokąd wychodzi i że nie wróciła jeszcze. Nigdy się nie troszczył jej nieobecnością, zostawiając jej naturalną w tym względzie swobodę, zdziwił się tedy sam niepokojem, który go dzisiaj naraz ogarnął na myśl, że żony jego nie ma w domu. Uczuł, że w tej chwili właśnie powinien by być przy niej, choć nie umiał sobie określić dlaczego. Odruchowo chciał powstać i wyjść za nią na miasto, ale przyszło mu zaraz na myśl, że byłoby to próżne, gdyż nie wie po prostu, gdzie by ją mógł znaleźć.
Wsparł skronie na dłoniach i zadumał się.
W oknie mieszkania Bergerowej, wychodzącym na planty pokryte brudnym, topniejącym śniegiem, siedziała pani Zośka, tak jak była przyszła, w kołpaku na jasnych włosach i w szerokim futrze na ramionach. Założyła nogę na nogę, wsparła łokieć na kolanie i na dłoni brodę. Patrzyła przed siebie tępym, bezradnym wzrokiem spod brwi ściągniętych i nachmurzonych.
Wdówka chodziła po pokoju z rękami w tył założonymi.
— Rozbierzże się przynajmniej — rzekła po chwili.
— Ach, głupstwo! — mruknęła Butrymowa i rzuciła futro, nie patrząc, gdzieś poza siebie na otomanę. Potem naraz przycisnęła obie pięści do ust i zaczęła powtarzać:
— To straszne! To straszne! Ja po prostu oszaleję!
Bergerowa nieznacznie wzruszyła ramionami.