— Ach, po co ta komedia... O mnie naprawdę nigdy ci nie szło. A zresztą nudzę się.
Ruszył ramionami i spytał sucho:
— Więc mam iść do garderoby po twój płaszcz?
— Nie mogę przecież tak uciec. Myślanoby, żeś mnie zabrał przemocą. Muszę się jeszcze pokazać.
— Służę ci.
Zawrócili do sali z powrotem. Na progu pani Zośka wyciągnęła bródkę swoim zwyczajem i mówiąc do męża z miłym uśmiechem coś zgoła obojętnego, rzuciła wokół wzrokiem dziecięco jasnym i roztargnionym.
Pani Zośka zrzuciła już suknię i ściągała z ramion lekki batystowy stanik, opinający jej szczupłą, niemal chłopięcą kibić, niewymagającą sztucznych sznurowań ani gorsetów. Uniosła do góry krągłe nagie ręce i rozpięła włosy. Rozsypały jej się na barki jak grzywa bajecznej nimfy leśnej: złocista, bujna, lekko falująca.
Butrym siedział w głębokim fotelu obok łóżka żony, we fraku jeszcze i w białym krawacie i, paląc papierosa, patrzył na nią w milczeniu.
Pochyliła się, aby zdjąć ze stóp płytkie czarne pantofelki. Widział jej nogę wysoką, z drobnym, suchym, doskonale okrągłym kolanem i szlachetną smukłą łydką, której biała skóra przeglądała przez cieniuchny jedwab pończochy.