— Zosik...

Odwróciła się ku niemu.

— Czemu nie idziesz jeszcze spać? Późno już jest i ja jestem zmęczona. Och! Palisz znowu papierosa. Prosiłam cię tyle razy, ażebyś nie palił w moim pokoju — przynajmniej wieczorem. Duszę się.

Podeszła ku oknu i niecierpliwym ruchem targnęła je, otwierając szeroko.

— Zośka, daj pokój! Jesteś nieubrana, widać z naprzeciwka.

— Więc czemu palisz? Zresztą tam śpią już wszyscy. Tobie się zdaje, że nikt nie ma nic lepszego do roboty, jak patrzeć wciąż w nasze okna.

Nie odpowiedział nic, lecz, zgasiwszy papierosa, podszedł do okna i zamknął je, zapuszczając firankę, po czym wrócił na dawne miejsce. Spojrzała nań przelotnie i dziwnie przykry ironiczny grymas przewinął jej się koło ust.

Zaległo na chwilę milczenie.

— No, dobranoc — rzekła wreszcie, musnąwszy mu czoło ustami. — Muszę się położyć. Idź już do swego pokoju i śpij.

Przytrzymał ją dłonią i zmusił, aby usiadła na jego kolanie.