— Czekaj. Jeszcze chwilę. Będziesz za to rano spała dłużej. Chciałbym jeszcze z tobą pogadać.

— Ach, rano! Jacuś mnie zbudzi rychło świt. Spać mogą długo tylko ci, co dzieci nie mają. A zresztą, o czym będziemy mówić? Wszak cały dzień jesteśmy razem... od siedmiu lat.

— Nie bardzo. Mam wykłady, mam swoją pracę... Dni całe mijają i pogadać z tobą nie mogę. A tak bym chciał, tak bardzo chciałbym czasem.

Oparła się o niego głową, muskając mu twarz sypkimi, złocistymi włosami o skomplikowanym zapachu stepowych kwiatów i skóry jakiegoś podzwrotnikowego drapieżca.

— Więc mów, mów, co masz do powiedzenia, tylko prędko, bo ja już naprawdę...

Ziewnęła, przymykając powieki.

— Kocham cię, Zosik, kocham cię — szepnął — i tak mi strasznie smutno...

— Dlaczego?

— Nie wiem. Coś jest takiego. Czuję, że z każdym dniem oddalasz się więcej ode mnie i tak mi się gubisz. Mam wrażenie, że otaczasz się powoli jakąś coraz twardszą i grubszą skorupą niewidzialną, na którą trafiają moje ręce, ilekroć dotknąć cię pragną...

— Owszem, dotykasz mnie, nawet ciśniesz — rzekła sucho, usuwając jego palce ze swego nagiego ramienia. Patrz, mam pręgę czerwoną.