— Ech, to tam głupstwo, co ty im powiesz!
Pani Zośka zerwała się gwałtownie. Oczy jej płonęły, zaciśnięte szczęki zadrgały nerwowo.
— Jak mnie kto może zmuszać, gdy ja nie chcę! Jakim prawem? Jaką ustawą? Czyż ja nie mam swobody rozporządzać sobą i tym, co ode mnie zależy? Ja! Ja jedna tylko i nikt inny za mnie! Nikt na świecie!
— Dobrze, ale uspokój się, mówię ci, bo się jeszcze rozchorujesz. Prawa i ustawy są inne i nie bardzo o nas dbają.
— Tak, prawa i ustawy pisali mężczyźni.
— Przyznam ci się, że mimo wszystko wolę to. Bo choć sama jestem przypadkowo kobietą, ale bałabym się babskich praw.
— Kpisz ciągle, jakby mnie na złość...
— Więc będę mówić poważnie. Ale czyś się ty nad tym zastanowiła, co twój mąż powie? Zwłaszcza, gdy on jest przeciwnego zdania.
— Czy ja wiem? — wyruszyła ramionami. — Zresztą cóż jemu do tego? To przecież wyłącznie moja sprawa.
— Nie bardzo i uprzedzam cię, że musisz się z nim bezwarunkowo naprzód porozumieć. Bez tego nie ma nawet o czym myśleć.