Pani Zośka objęła skronie rękoma.

— Och, Boże! Po co ja na tym świecie żyję? Żebym już raz zdechła, toby było najlepiej.

— Cóż ty wygadujesz? Przecie masz syna!

— Ach, syn... Starszy już jest i obszedłby się beze mnie. Zapomniałby wkrótce... A teraz znowu te przejścia, te rozmowy, te tłumaczenia!

— Myślisz, że profesor może się uprzeć i niezgodzie?

— Musi się zgodzić, ale co mnie to będzie kosztowało! A potem znowu ta cała historia. — Och! Jakież to obrzydliwe! Świństwo, świństwo!

— Więc namyśl się. Może lepiej dać pokój i zostawić wszystko tak jak jest?

— Nie mogę. Po prostu nie czuję się na siłach. To nie frazes, co mówię, ale doprawdy boję się obłędu. Zaledwie w ostatnich tygodniach trochę się uspokoiłam i przyszłam do równowagi, i znowu... Nie wiem co ja Panu Bogu winna jestem, że się tak zawziął na mnie.

— Nie bluźnij! Masz życie szczęśliwe, którego ci tysiąc kobiet może pozazdrościć.

— A! Żeby pies miał takie szczęście!