Bergerowa zaczęła się głośno śmiać.
— Moja ty, nie gniewaj się na mnie, że się śmieję, ale doprawdy nie mogę już wytrzymać. Żeby cię tak kto zobaczył i posłyszał! Moja Zochno, jesteś taka okropnie zabawna, że ludzkie wyobrażenie przechodzi!
— Więc nie chcesz mi dopomóc?
— Ale owszem, owszem, tylko pozwól niech się na — śmieję... Jak to powiedziałaś? „Żeby pies miał takie szczęście!”
Butrymowa ruszyła ramionami i bez pożegnania wyszła od przyjaciółki.
Szła przez planty wolno z pochyloną głową w bezradnym, tępym zamyśleniu. Wszystko to, co się z nią działo, przedstawiało jej się w wypotworniałych, nielitościwych kształtach. Głucha rozpacz w niej wybierała, a razem z nią żal niezgłębiony do męża, do ludzkich praw i urządzeń, do przyrody całej, do losu wreszcie, choć niewątpliwie z trudnością by jej przyszło określić stopień ich przewiny. Czuła się tylko strasznie, strasznie nieszczęśliwą. Chwilami wrzał w niej bunt tym straszniejszy, że zupełnie bezsilny.
— Nie chcę, nie chcę! — powtarzała w sobie z zawziętym, ślepym i coraz twardszym uporem, zapominając już prawie, dlaczego nie chce właściwie. Nie opuszczała jej tylko świadomość, że zrobi raczej wszystko, co będzie w jej mocy, że waży się raczej na rzeczy jakieś całkiem nieprawdopodobne, niżby miała dopuścić, aby się działo coś, przeciw czemu oto cała wola jej się opiera.
— Nie dam się skrzywdzić — szeptała przez zaciśnięte zęby — jestem człowiekiem i mam prawo rozporządzać sobą, mam prawo, mam, mam!
Do żadnego dalszego rozumowania umysł jej w tej chwili nie był zdolny. Poglądała przed siebie z nienawiścią, jak gdyby wszyscy mijający ją ludzie byli jej osobistymi wrogami, czyhającymi tylko na to, aby jej jakąś straszliwą krzywdę wyrządzić. Miała uczucie, że jest osaczonym zwierzęciem, które musi się bronić, bronić wszelkimi siłami.
Ktoś jej się ukłonił i przywitał ją głośno.