Pożegnała go skinieniem głowy i odeszła szybko. Stał przez chwilę na ulicy, patrząc za nią i kręcąc głową z niechętnym zdumieniem.

— Coś tam musi być — szepnął i uśmiechnął się złośliwie.


W kawalerskim mieszkaniu Borzyckiego, czystym i nie bez pewnej skromnej i dość surowej wytworności urządzonym, siedziała przed zwierciadłem księżna Helena i upinała rozpuszczone włosy. Ręce jej nagie, wzniesione do góry, w ostatnich blaskach zachodzącego słońca wyglądały jak gdyby wyciosane z różowego marmuru. Na szyi odkrytej, oślepiająco białej, znaczyły się dwie krwawe plamy. Spostrzegła to w zwierciadle i dotykając ich palcami, rzuciła z uśmiechem poza siebie:

— Patrz, co zrobiłeś! To ślady twych pocałunków. Jakże ja się teraz na świat pokażę!

Borzycki, który siedział w głębi, zbliżył się i znowu usta niesyte do ramienia jej przycisnął.

— Nie, nie, daj już pokój, nie można! — broniła się. — Godzina późna, a muszę wieczorem być na koncercie...

Mówiąc to, muskała mu ruchem głowy twarz swemi włosami, a potem wyciągając w tył ręce, ujęła jego skronie i przycisnęła na chwilę do ust swych gorących i upojnych.

— Och ty! Mój chłopcze!

— Hela!