Nagle głowę jego odepchnęła.

— Odejdź. Muszę się ubrać.

Osunął się na ziemię około jej kolan.

— Słuchaj mnie. Właśnie prosić cię chciałem, abyś dziś tak wcześnie nie odchodziła. Koncert dopiero za dwie czy trzy godziny się zacznie, a zresztą co ci po tym koncercie?

— Muszę się ludziom pokazać.

— Po co? Na co? — błagał cicho. — Posłuchaj, Helu, zaczyna się teraz nasza godzina, siądziemy przy sobie i będziemy gwarzyć... Tak rzadko dajesz mi coś więcej ze siebie ponad ten uścisk.

— Czy mało?

Przechyliła w tył głowę i spojrzała nań błyszczącymi spod opuszczonych powiek oczyma. Usta w zastygłym uśmiechu wpół rozchylone drgnęły lekko i wysunęły się nieco naprzód jak do pocałunku, pierś jej, ciągle niepokalanie doskonała w szlachetnym swym kształcie, wzniosła się w głębokim oddechu i pozostała tak na moment wzniesiona, jakby miłosną żądzą nabrzmiała...

— Czy mało...? — powtórzyła zaledwie dosłyszalnym szeptem.

— Nie! To dużo, to więcej niż świat, to szczęście, to rozkosz, to życie! Wszystko! Och, moja, moja ty! Ginę ze szczęścia przy twoich nogach. Nie wiedziałem nawet, że może w ogóle być szczęście tak wielkie i upojne!