— Trzeba nam się będzie rozstać.
— Zaśmiał się.
— To niemożliwe.
— Możliwe, możliwe i nawet konieczne.
— Nie rozumiem — rzekł zaniepokojony.
Wstała powoli. Przygładziła upięte już włosy, wrzuciła bluzkę na siebie i oglądała się za żakietem zimowego kostiumu. Nim się weń ubrała, zwróciła się jeszcze ku Borzyckiemu, patrzącemu na nią wciąż z niemym i niespokojnym zdumieniem.
Zawahała się na moment. Ten chłopak przerażał ją czasem. Prawie dzieciak jeszcze, był jednak pierwszym z mężczyzn, nad którym w pewnych chwilach traciła swą czarodziejską władzę. Kochający do obłędu i na pozór uległy, każdemu uśmiechowi jej posłuszny, miewał wybuchy, po prostu zatrważające. Przypomniało jej się, jak raz, spotkawszy się z nim, przez kaprys jakiś nie chciała nawet zrzucić kapelusza ani ust mu podać do pocałunku. Prosił długo i cicho, a wreszcie pobladł i wstał z jakimiś strasznymi oczyma, które jej potem długo tkwiły w pamięci. Uczuła wówczas lęk, obezwładniający ją wbrew woli. Aby go pokryć przed sobą samą, rzuciła mu się na piersi i poczęła gwałtownie usta jego całować...
— Co byś był zrobił — mówiła w chwilę potem, kiedy już u nóg jej schylony zachwyconymi oczyma dziecka patrzył jej w twarz, co byś był zrobił, gdybym była odmówiła?
— Zabiłbym cię — szepnął słodko i pokornie...
Przemknęła jej przez pamięć ta chwila. Borzycki stał przed nią, patrząc wciąż niespokojnie i z oczekiwaniem.