— Godzinę, a potem?
— Ha, potem! Dzisiaj jest sobota, więc schodzimy się u Hawełki na obowiązkowego „szekspira”...
— Szekspir? Cóż to jest? Literackie posiedzenie?
— Ale gdzież tam! To tylko w krakowskim dialekcie tak wygląda; powinno brzmieć właściwie: sechs Bier103...
Przeszedł wraz z gościem do „biblioteki” i usiadłszy przy fortepianie, zaczął znowu grać swe ulubione gawoty Bacha.
Przerywał jednak często muzykę i odwracał się z ruchomym taboretem ku Butrymowi, rzucając jakąś uwagę lub pytanie. Profesor odpowiadał rzadko i krótko, czuł ciężki opar, leżący mu na mózgu, którego pozbyć się nie mógł. Muzyka Krasołuckiego nie uspokajała go, zwłaszcza, że doktór — nie bardzo snać w usposobieniu — zaczynał różne rzeczy i nie kończył, przerzucał się z poważnych w błahostki, aż wreszcie opuściwszy jedną dłoń, palcami drugiej począł brząkać jakiegoś dziwnego siekańca...
Butrym wziął w rękę jakąś książkę i przerzucał jej kartki, nie widząc zgoła liter.
— Co czytasz? — rzucił mu przez ramię doktór i zamknąwszy fortepian, zbliżył się do stołu.
— A, Les fruits verts104, śliczna pornografijka, z talentem napisana, ale właściwie to tak samo nudne jak wszystko inne.
Wziął w rękę odłożoną przez Butryma książkę i rzucił w kąt szerokiej sofy.