— Niepodobna! A ten paraliż?
Doktór machnął ręką.
— Dawna choroba, niezupełnie rtęcią z organizmu wywabiona. Nie poznałem się z początku...
Splunął w kąt, powstał i zaczął wołać na służącego, aby mu podał płaszcz i kapelusz.
— Daruj — zwrócił się do Butryma — ale godzina, „szekspira” się zbliża. Pójdziesz może ze mną? Nie? Czy? Ha, to trudno, pójdę sam. Ale przyznaj, że „szekspir” to jedyne lekarstwo na tę podłą ohydę życia. Tak się ślicznie i słodko głupieje, wszystko się człowiekowi wydaje wtedy w najzupełniejszym porządku na tym milutkim świecie. A w końcu i tak będzie trzeba umrzeć.
Wróciwszy do domu, posłyszał Butrym gwar w dziecinnym pokoju. Przeszedł w tamtą stronę i stanął cicho w uchylonych drzwiach.
Jacek i starszy od niego o parę lat Iwo stali na środku z podniesionymi drewnianymi szablami, zagrażającymi poważnie wiszącej u sufitu lampie. Jacek z rozchylonymi nieco usteczkami i szeroko rozwartymi oczyma wpatrywał się nabożnie w towarzysza, który mówił poważnym głosem, jakby wydawał rozkazy:
— Uważaj! Teraz na koniach naszych wiatropławach przepłynęliśmy morze i jesteśmy na kraju wielkiej pustyni! Musimy ją przebyć, ażeby wroga dosięgnąć. Czy widzisz w oddali tę grupę palm daktylowych?
— Tak — przyświadczył malec poważnie. — Czy będziemy jeść daktyle?