— Albo las, pełen białych niedźwiedzi?

— Białe niedźwiedzie nie żyją w lesie, tylko na lodach — poprawił Iwo.

— Ja wiem, ale tak sobie tylko powiedziałem, bo biały niedźwiedź jest najstraszniejszy.

— Zresztą tam może być także miasto, którego szukamy.

— Jakże! Przecież mieliśmy gonić wrogów, a nie szukać miasta?

— Wrogowie już pomarli na puszczy z pragnienia. Teraz szukamy miasta o dwunastu wieżach i złotej bramie...

Butrym, niezauważony przez zajętych sobą chłopców, stał we drzwiach i słuchał.

Jeden z nich — ten starszy — dziedzic mnogich majątków, był w tej chwili bezdomnym sierotą. Przed paru dniami zaledwie stracił matkę w sposób tragiczny i potworny. Nie wiedział nawet, jak się to stało. Powiedziano mu tylko, że matka nie żyje i przyprowadzono tutaj. Początkowo chciał koniecznie choć zwłoki widzieć, a gdy mu na to nie pozwolono, ambitny nad miarę i wiek, płakał ukradkiem, wstydząc się łez przed obcymi. Ale oto w kilka dni już począł zmarłej zapominać.

Potężna fala życia, bijąca w dziecinnym organizmie, zwycięska zawsze i radosna, wzięła nad wszystkim górę. Oto mu się śnią, jak zwykle, wyprawy przez morza i puszcze, oto już rwie za sobą w kraj swojej jak dzwon huczącej fantazji to chłopię jasnowłose, którego słucha jak wyroczni.

Butrym uśmiechnął się.