— Zawarli przyjaźń na śmierć i życie, przysięgli sobie braterstwo...
Tak, tak... Jeno że ten młody, ten jego, będzie miał brata naprawdę! Rodzonego brata. Mniej więcej taka będzie różnica wieku jak między tymi dwoma. I za kilka lat dwaj bracia rodzeni będą się może tak bawili i Jacek wtedy będzie temu, dziś jeszcze nienarodzonemu, dyktował z powagą, gdzie jest puszcza, gdzie morze, gdzie góry.
A może będzie córka? Dziewczynka jasnowłosa z niebieskimi oczkami, której brat starszy jak królewnie będzie służył...
Uczuł dotknięcie czyjejś ręki na ramieniu. Odwrócił się. Poza nim stał Turski.
— Przepraszam, że aż tu pana szukam, ale powiedziano mi...
— Proszę, proszę. Oczekiwałem pana właśnie...
Butrym był zakłopotany i nie wiedział sam, dlaczego. Zdawało mu się, że Turski złapał go na jakiejś myśli tajemnej, która nie była przystojna wobec zaszłej niedawno śmierci i wobec warunków, w jakich ten drugi chłopiec znalazł się w jego domu. Zamknął pośpiesznie drzwi od dziecinnego pokoju i poprowadził gościa do bawialni. Przez drogę, nie umiejąc jakoś znaleźć właściwego rozpoczęcia rozmowy, począł go wypytywać żywo, czy bardzo jest drogą zmęczony i czy nie napiłby się szklanki herbaty? Turski podziękował krótko.
— Przybyłem przed chwilą. Zaszedłem zaraz do pana, aby się upewnić...
Głos mu się urwał.
— Dziękuję panu za zajęcie się chłopcem — wtrącił.