— I to dziwne tak niepojęcie... Właśnie w tym samym pokoju, w którym mieszkał niegdyś Poleski i gdzie listy jej do mnie dawne były przez dziesięć lat w przechowaniu, gdy ja po Azji wędrowałem! W tym pokoju spaliłem te listy i tegoż dnia Poleski się zastrzelił. Nie powinienem był wracać z Azji, nie, nie! Mój powrót w złą godzinę winien wszystkiemu.
Butrym wodził za chodzącym oczyma i dziwił się. Dziwił się, że ten człowiek nie dał niczym poznać po sobie, że odczuwa własną, potworną krzywdę. Przecież zabita była jego narzeczoną i za kilka już dni żoną miała już się stać. A zginęła z ręki kochanka, z którym snać nie przerwała stosunku...
Naraz Turski zatrzymał się. Zdawało się, jakoby odczuł myśli profesora.
— Panie Mieczysławie — zaczął z naciskiem, patrząc mu prosto w oczy — wśród dawnych znajomych księżnej jest człowiek jeden, zupełnie zmarnowany, niejaki Rogocki, którego pan, zdaje się, zna.
Butrym przyświadczył skinieniem głowy.
— Kochał umarłą przed dawnymi laty, odepchnięty stracił wszystko, stał się ruiną człowieka. Widziałem go dzisiaj. I wie pan, co mi powiedział? Powiedział mi tak: „Księżna Helena nie była kochanką Borzyckiego, choć się przypadkowo na swe nieszczęście znalazła w jego mieszkaniu, a kto będzie mówił inaczej, tego ubiję jak psa!”. Rozumie pan?
— Rozumiem.
— Tak. Nie bądźmyż my gorsi od Rogockiego.
Rozmowę przerwało wejście pani Zośki.
— Chłopcy idą już spać — rzekła, zwracając się do Turskiego. — Może pan zechce zobaczyć Iwonka?