— Jeżeli wolno...

— Ależ proszę.

Przeszli wszyscy troje do dziecinnego pokoju, gdzie naprzeciw łóżeczka Jacka pod drugą ścianą przygotowano posłanie dla Iwonka. Chłopcy obaj w serdecznej zgodzie zajęci byli układaniem w pudełkach klocków, z których przed chwilą wspólnie jakiś pałac stawiali.

Turski zawołał Iwona cichym, niepewnym, jakby dławiącym się w krtani głosem.

Chłopak rzucił zabawki i zbliżył się ku niemu. Spoważniał w jednej chwili, zdawało się, że to nie ten sam dzieciak, który niedawno jeszcze z młodszym o parę lat towarzyszem urojone podróże przez morza i pustynie odbywał. Rysy mu się ściągnęły, szare oczy patrzyły smutno i twardo, snać widok Turskiego przypomniał mu tę niespodziewaną stratę, której pojąć dotąd ani zrozumieć nie umiał.

Turski w milczeniu przycisnął jego głowę do piersi i gorąco ucałował. Chłopcu drgnęły wargi i oczy napełniły się łzami, znać było, że walczy ze sobą całą mocą, aby się nie rozpłakać wobec obcych ludzi.

Butrym z żoną usunęli się nieznacznie do drugiego pokoju.

— Iwo — szeptał Turski — nie płacz, nie płacz! Zaciśnij zęby. Tak trzeba.

— Wiem.

— To dobrze. Mój jesteś. Będziemy odtąd zawsze razem.