Kłopotliwy uśmiech przebiegł mu po wargach.

— Widzę, że niepotrzebnie i niezręcznie zacząłem dzisiaj tę rozmowę. Daruj mi. W złym jesteś humorze.

— Nie, nie! Ty mnie nie zbywaj tym, w jakim ja jestem humorze. Rozmowę tę trzeba było zacząć, a im wcześniej, tym lepiej. Dzisiaj musimy ją doprowadzić do końca.

Zaniepokojenie odbiło się na jego twarzy. Czuł jakiś zbliżający się cios, ale nie umiał zdać sobie sprawy, skąd by mógł uderzyć. Postanowił sobie być spokojnym i łagodnym.

— Dobrze, Zośka. Tylko nie wiem, do jakiego końca moglibyśmy dojść.

— Ja za to wiem i niewątpliwie.

— Słucham cię.

Brutalnie, nielitościwie padło z jej ust straszne słowo.

Zerwał się na równe nogi. Tego nie spodziewał się nigdy. Czuł, jak wszystka krew ucieka mu do serca.

— Nie, Zośka — zaczął jakimś niby nieswoim głosem — to niemożliwe. Ja się na to nigdy nie zgodzę.