Krasołucki pokiwał głową.

— Rozumiem, niestety, rozumiem i to. Ale w takim razie nie pozostaje ci nic innego, jak zgodzić się.

— Nie chcę. Nie mogę. Władku, nie pytaj mnie o wszystko, bo o wszystkim trudno mi mówić, ale to wiedz, że — poza innymi względami — ja w tym dziecku widzę ostatni ratunek dla siebie, dla nas obojga. Zbyt daleko odeszliśmy od siebie, może nas to znów połączy...

— Ano, niechże ci będzie. Byleś się tylko nie łudził. Powiedzże mi jednak, moje złoto, w czym ja ci tu mogę być pomocnym? Nie żądasz chyba, abym ja poszedł do twojej pani i namawiał ją, aby zamiast francuskim zdrożnościom hołdować, raczej tak, jak Pan Bóg przykazał i matki nasze robiły...

— A, nie! To nie doprowadziłoby do niczego.

— Naturalnie. A więc?

Butrym ożywił się.

— A więc ułożyłem taki plan: Przyprowadzę żonę do ciebie. Powiem, że ty z przyjaźni dla mnie, na moje prośby zgodziłeś się... i wyszukasz specjalistę... Uspokoi się wtedy, nie będzie szukała na własną rękę a my zyskamy trochę czasu. Twoja głowa w tym żeby jakoś zwłóczyć. Może ona sama się tymczasem rozmyśli, a jeśli nie to wezwiesz wreszcie ginekologa na konsylium — uprzedzimy go naturalnie. Powiecie że już za późno, czy że jej organizm słaby i nie zniósłby... czy też wymyślicie co innego, byle tylko zapobiec, uchronić, nie dopuścić, nie dopuścić, na miłosierdzie boskie! Do takiej strasznej rzeczy, przed którą — wszystko już pomijając — wstręt mam tak niesłychany!

Zaległo na jakiś czas milczenie. Krasołucki chodził teraz po pokoju krokami tak wielkimi, jak tylko na to pozwalały krótkie jego nogi. Zaplótł ręce końcami palców na krzyżach i pokręcał co pewien czas głową.

— Kręte drogi wybierasz, moje złoto. Bo ja wiem, bo ja wiem, czy to będzie dobrze? Wedle mojego rozumienia to najlepiej by było tak po chłopsku czy po szlachecku: siedź aśćka w domu i głupstwa sobie wybij z głowy, na to Pan Bóg stworzył kobietę!