— Gdybym to mógł... — szepnął Butrym.
— A tak, serce, ja cię rozumiem. Gdybyś ty mógł! Ale nie możesz, więc budujesz gmach filigranowy, do diabła! Strasznie filigranowy, który pod lada ciężarem może się rozpaść. A czy pomyślałeś, co będzie wtedy, jeśli przez jakiś przypadek żona twoja dowie się o wszystkim, że ty, niby wolę jej czyniąc, w istocie robiłeś, co tylko mogłeś, żeby stanąć w poprzek jej życzeniom? Pomyśl, moje złoto, że kobiety są uparte i mściwe?
Butrym siedział z twarzą schowaną w obu dłoniach.
— Trudno, nie mam nic do stracenia — rzekł głucho. — Gorzej być nie może, niż jest.
— Mylisz się. Z kobietą często nie może być lepiej, ale gorzej zawsze jeszcze może być. Miej się na baczności.
Po chwili milczenia profesor wzniósł głowę.
— Więc odmawiasz? — spytał powstając.
— Ale gdzież tam, moje złoto, zgadzam się. Możesz panią od razu jutro do mnie przyprowadzić. Cieszę się u niej tak paskudną opinią, że uwierzy na pewno, iż ja się wszystkiego podjąłem...
— Co do opinii...
— Tak, tak, ma mnie za szubrawca jak większość kobiet, zwłaszcza żon. Mniejsza o to. O specjalistę wystaram się łatwo, bo przecież w końcu o dobrą rzecz tutaj idzie.