— A widzisz, bywa i tak — rzekł Butrym krótko i chciał się pożegnać, ale Krasołucki zatrzymał go jeszcze.

— Cenię cię za to, ale czy ty jednak, moje złoto, nie tragizujesz zanadto — zagadnął — i nie robisz grande chose110 z rzeczy, która ostatecznie jest głupstwem, jak dziś postępowi ludzie powiadają?

Profesor z wolna potrząsnął głową przecząco.

— Dla mnie to nie jest głupstwo.

— Ha, być może. Nie znam się na tym, muszę ci wierzyć na słowo. Nigdy nie byłem tak bardzo żonaty ani do ojcostwa nie miałem pociągu. Co kto lubi. Ja w skuteczność takiego wrzeszczącego węzła między dwojgiem ludzi, którzy się już tyłem do siebie odwracają, nie wierzę, a na twoim miejscu, po prostu aby się zbyć kłopotu, gdybym nie mógł przeszkodzić, machnąłbym ręką: rób sobie, co chcesz, babo... O, pardon!

Uderzył się dłonią w usta.

Butrym stał zamyślony i milczący. Po chwili podniósł głowę i spojrzał na lekarza szeroko rozwartymi jasnymi oczyma.

— Poza wszystkim — rzekł — mam bałwochwalczą cześć dla tajemnicy życia i boję się ściągać na to ręki...

Tatwami111 — szepnął Krasołucki, poważniejąc.

— Tak jest. Zwłaszcza, gdy chodzi o człowieka, który z takiego nikłego początku wyrasta na cały świat, myśli, uczuć, czynu.