— Będę jutro u niego.
— Jutro? Już?
— Wszak sam mówiłeś, żeby zaraz jutro... tylko, że ja nie do Krasołuckiego...
— Ależ... przecież nie może od razu?
— Nie. Jutro ma mnie tylko zbadać.
— Kiedy będziesz u niego? — zapytał naraz twardym głosem po chwili kłopotliwego milczenia.
— O ósmej rano. Później jedzie do chorych...
Profesor usiadł znów w krześle przed biurkiem. Wir sprzecznych myśli i uczuć kłębił mu się w duszy. Odruchowo chciał już powiedzieć żonie wszystko, przyznać jej się, co był z Krasołuckim ułożył i błagać ją, aby zamiar swój porzuciła...
Spojrzał na nią i w tymże momencie uczuł całą bezcelowość takiego postąpienia. Pani Zośka z zaciśniętymi ustami patrzyła chłodnym, nieco roztargnionym wzrokiem przed siebie... Wiedział, że gdy do niej przemówi, spojrzy nań obojętnie zimnym połyskiem tych oczu o zmiennym kolorze morskiej wody, usta silniej zaciśnie, wzruszy w nieokreślonym ruchu lekceważąco ramionami i w ślepym uporze zacięta nie będzie nawet rozumiała tego, co on jej powie. Wszak w tej chwili chodzi jej już tylko o to, aby postawić na swoim.
Nagle krew mu w skronie uderzyła. Ścisnął szczęki i namarszczył czoło. Zaciekłość i w nim się obudziła.