— Walka? — myślał — więc dobrze! Zobaczymy, kto będzie silniejszy. Ja i teraz jeszcze sposób wynajdę!

Z na wpół nieprzytomnym natężeniem począł liczyć godziny i minuty, które mu jeszcze do jutrzejszej ósmej godziny rannej pozostawały. Nigdy jeszcze żadnego astronomicznego obliczenia nie robił z taką uwagą, jak tę prostą rachubę112, która nadto ciągle się mu plątała. Miał wrażenie, że jest skazańcem szukającym ratunku przed godziną egzekucji, a równocześnie czuł, że jakiś nerwowy skurcz twarzy ściąga mu usta w grymas jak gdyby uśmiechu...

— Z czego się śmiejesz? — spytała pani Zośka, która patrzyła nań już od paru chwil.

Ocknął się.

— Nic... Przypomniało mi się w tej chwili, że mam jeszcze ważną obserwację astronomiczną zrobić dziś wieczorem...

— Wyjdziesz?

— Tak. Wyjdę w tej chwili...

Ruszyła ramionami.

— Jak chcesz. Ale nie siedź długo, bo jutro o ósmej musisz iść ze mną do Podkieckiego i powiedzieć mu wyraźnie, że się zgadzasz.

Miał już wyjść z pokoju — zawahał się jeszcze na moment.