— Powiedziałam już. Bardzo pana dotąd lubiłam ale teraz... chciałabym mieć wieczór spokojny.
— Rozumiem. Pani mnie wyrzuca. Ale ja i tak jeszcze nie pójdę.
— Proszę. Więc niech pan siada.
Butrym jednak nie usiadł, lecz chodził po niewielkim pokoju.
— To jest straszne, to straszne! — powtarzał.
— Ach, niechże pan nie robi z głupstwa tragedii! Przecież to rzecz taka zwykła i dzisiaj niemal codzienna... Niech pan zapyta lekarza.
— Może. Ale mimo to nie przestaje być zbrodnią.
— Śmieszny pan jest. Doprawdy, że człowiek w pańskim wieku i na pańskim stanowisku...
Profesor przystąpił do niej cały rozogniony.
— Tak jest proszę pani. Nie cofam wyrażenia: to jest zbrodnia i nie tylko... wobec tego życia samego, które się gasi w zaczątku, lecz także wobec społeczeństwa, wobec naszego zwłaszcza społeczeństwa, naszego narodu, dla którego po prostu warunkiem istnienia stało się to, aby się mnożył energicznie...