— A wreszcie, jeśli się panu zdaje, że tak wiele od tego zależy!... Nie powiem jej o niczym, może pan być spokojnym — uśmiechnęła się. — Przecież ona i tak na swoim postawi.

Butrym wybiegł na ulicę i polecił dorożkarzowi jechać prosto do mieszkania doktora Podkieckiego. Nie zastał go w domu. Przyjęła go żona doktora, młoda, przystojna kobietka o jasnej twarzy i dobrych, łagodnych oczach. Przedstawił jej się i zapytał o męża.

— Wyszedł z domu po kolacji — rzekła — ale jak pan go potrzebuje do chorej, to proszę tylko adres zostawić...

— Nie, ja muszę z doktorem mówić osobiście i to dzisiaj koniecznie. Czy pani nie wie, gdzie bym go teraz mógł znaleźć?

— Mój Boże, bywa czasem u Hawełki, czasem w kawiarni lub na jakim posiedzeniu... Zdarza się także, że go z miasta niespodziewanie do chorej wzywają.

Butrym pojechał do Hawełki, zrobił przegląd wszystkich kawiarń i większych restauracji, zajrzał do lokalów zebrań publicznych i nigdzie doktora nie znalazł. Wrócił więc i późno nocą zapukał znowu do drzwi jego mieszkania. Wyszła służąca i powiedziała mu, że pan doktór jeszcze nie wrócił, a pani właśnie spać się położyła i także już przyjąć go nie może. Profesora rozpacz ogarnęła. Poprosił o pozwolenie napisania kilku słów. Służąca wprowadziła go do wielce ozdobnego i z pewną kokieterią urządzonego gabinetu doktora, ostrzegłszy jeno, aby szedł na palcach, bo obok właśnie zasypiają dzieci...

Profesor wziął z biurka arkusik wonnego papieru listowego ivoir113 i pisał. Po kilku zdaniach zmiął niecierpliwie papier i wsadził do kieszeni. Wziął świeży arkusz i począł pisać na nowo. Służąca niecierpliwiła się w pokoju, oczekując wyjścia nocnego gościa. Z zamierzonych „kilku słów” zrobił się długi list. List długi i śmieszny, mimo że w tej drugiej jego właściwości Butrym nie zdawał sobie wcale sprawy. Męczył się, pisząc. Chciał powiedzieć wszystko i nic nie powiedział zarazem. Chciał, aby pod zdaniami zdawkowymi, nieszczerymi i do znudzenia powtarzanymi doktór odgadł właściwą treść... Bał się zostawić na papierze widomy i wyraźny znak tego, co myśli, i bał się równocześnie, że może nie dość jasno myśl swoją przedstawić. Pisał o nerwowym stanie żony, który poniekąd zachciankę jej usprawiedliwia, i że on „w razie konieczności” się zgadza, a równocześnie błagał, żebrał po prostu między wierszami młodego lekarza, aby tej „konieczności” nie przyznał i pomocy swej odmówił. Nie mógł powiedzieć wprost, że nie pozwala, aby przez to żony w cudacznym nie postawić świetle, a usiłował dać to jak najjaśniej do zrozumienia i znowu powtarzał, że „w razie istotnej i nieodzownej potrzeby on naturalnie nic przeciw temu mieć nie może”.

W końcu powstał z tego wszystkiego list, będący istnym chaosem, i gdyby Butrym trochę mniej był zdenerwowany i gdyby zachował choć ślad krytycyzmu, byłby zrozumiał, że obcy, dla spraw najzupełniej obojętny lekarz śmiać się tylko może, pismo to przeczytawszy.

Ale on, kładąc podpis swój trzęsącą się ręką, miał wrażenie, owszem, że rzecz należycie załatwił i że może spać spokojnie. Przekonany był, że młody doktór, sam ojciec i mąż, tragedię jego odczuje i zrozumie wstyd, który mu wyraźniej pisać nie pozwala. Był pewien, że dla uczciwej sprawy znajdzie w nim dobrego, mądrego i wyrozumiałego pomocnika i czuł już w tej chwili przypływ ogromnej, głębokiej wdzięczności dla tego człowieka...

Powstając od biurka, uczuł dopiero, jak straszliwie jest znużony i rozbity na nowo. Zatoczył się jak nieprzytomny, tak, że służąca, która oglądała otrzymany pieniądz i nie słuchała zaklęć, aby list koniecznie przed ósmą panu oddała, przed ósmą!, miała go wręcz za pijanego.