Gdy powrócił do domu, żona już spała. Rozbierał się z uczuciem, że czeka go długa, męcząca, bezsenna noc. Przyłożywszy głowę do poduszki, zasnął natychmiast twardym, kamiennym snem człowieka wyczerpanego do ostatnich granic.

Profesor Butrym zatelefonował rankiem do kancelarii uniwersyteckiej, że dnia dzisiejszego z powodów natury osobistej wykładów mieć nie będzie. Ubierając się i potem, przy wczesnym śniadaniu, którego przełknąć nie mógł, był w ciągiem gorączkowym podnieceniu, a jeśli pani Zośka tego nie zauważyła, to jedynie dlatego, że w ogóle nań nie zwracała uwagi. Zajęta swymi myślami: jedną uporczywą i ślepą żądzą „aby się udało”, patrzyła nieprzytomnymi oczami na wszystko, co się koło niej działo. Butrym natomiast dziwnie niezdolny był w tej chwili do skupienia myśli na jednym przedmiocie. Powtarzał sobie w duchu, że wkrótce ma zaprowadzić żonę do doktora Podkieckiego i usiłował sobie przypomnieć słowo po słowie wczorajszy list, czy dobrze był napisany, ale jakby na przekór różne inne obojętne rzeczy do głowy mu przychodziły. Jakieś obliczenie astronomiczne, które od tygodnia leżało niedokończone, głupkowata fizjonomia któregoś ze słuchaczy, nie wiadomo dlaczego zapamiętana, odjazd Turskiego z synem, jakieś zdania zamienione ongiś z Firdussim, koń dorożkarski przed tygodniem na rogu ulicy widziany i znowu uporczywe a bez powodu powracające do pamięci elementarne wzory rachunku różniczkowego.

Męczył go ten stan oszołomienia niewymownie, zwłaszcza że zdawał sobie sprawę, iż zgoła o czymś innym i nierównie dla siebie ważniejszym w tej chwili myśleć by powinien.

— Czy jesteś gotów? — spytała pani Zośka, nadspodziewanie i wbrew zwyczajowi szybko do wyjścia zebrana.

Poderwał się z krzesła jak sprężyną rzucony.

— Tak. Idziemy.

Drogę całą przebyli w milczeniu. Profesor usiłował zacząć jakąś rozmowę, która — jak mu się zdawało — byłaby ważna i doniosła, ale po prostu nie mógł znaleźć pierwszego słowa. Ani się spostrzegł, kiedy żona zatrzymała dorożkarza na jakiejś odległej ulicy. Zdziwił się, zauważywszy, że zna dom, przed którym stanęli.

— Ach, prawda, byłem tu wczoraj — pomyślał. — Mieszkanie doktora Podkieckiego.

Nagły dreszcz go przejął.

— To tutaj, już?