Uczuł ze wstrętem graniczącą niechęć do przestąpienia jeszcze raz progu tego domu. A przy tym jakby świadomość jakiegoś fatalizmu: uczyniłem wszystko, co było w mojej mocy, niech się teraz dzieje, co chce. Po co patrzeć w twarz temu człowiekowi? Na co odgrywać dalszą komedię? Jaką wobec niego przyjąć dziś rolę? Stawka leży na cyfrze, ruleta kręci się sama.
Pani Zośka zawahała się również przed bramą.
— Nie wiem, czy to koniecznie, abyś ty szedł ze mną — rzekła, obawiając się snać jakiej niespodzianki ze strony męża, któremu jeszcze nie ufała.
— Masz słuszność — podchwycił skwapliwie. — Zbyt by to było przykre dla mnie, a może i dla ciebie...
— Daj mi więc tylko bilet, że pozwalasz.
Wyrwał kartkę z notatnika i skreślił ołówkiem:
„Pan wie już wszystko. Jeśli nieodzowne — zgadzam się”.
— Zaczekam na ciebie na ulicy — rzekł, podając żonie świstek papieru.
Szepnęła coś jakby „dziękuję” i zniknęła w bramie. Słyszał skrzypienie drewnianych schodów pod jej krokami, potem stuk otwieranych na pierwszym piętrze drzwi.
— Tak, niech się ruleta kręci — powiedział prawie głośno i przeszedłszy na drugą stronę ulicy, zaczął chodzić tam i z powrotem. Teraz już zupełnie świadomie starał się nie myśleć bez celu o tym, co się dzieje. Odliczał krokami odległość latarni, a później rachował na pewnej przestrzeni kamienne płyty chodnika. Było mu gorąco: rozpiął płaszcz, kapelusz zsunął na tył głowy.