Czas dłużył mu się w nieskończoność. Poglądał co chwila na zegarek i dziwił się, że dopiero dwie lub trzy minuty upłynęły odtąd, kiedy ostatni raz patrzył na wskazówki. Męczyło go to, więc postanowił zegarka więcej nie wyciągać i przełożył go nawet do innej kieszeni, aby odruchowo zań nie chwycić. Patrzył teraz ciągle na drzwi kamienicy, w której zniknęła jego żona. Gdy przechodząc, mijał ją, oglądał się ustawicznie, aby nie przeoczyć momentu, kiedy będzie wychodzić.

— Czy długo czekałeś? — usłyszał głos za sobą.

Drgnął, jakby ze snu zbudzony i zwrócił się. Przed nim stała pani Zośka.

— Kiedy wyszłaś?

— W tej chwili, kiedy byłeś odwrócony. Nie dojrzałam cię zrazu...

Wzięła go swobodnym ruchem pod ramię i zawróciła ku domowi.

— I cóż? — wykrztusił po chwili przez zdławione gardło.

— Doskonale! — odparła wesoło.

— Jak to?

— Zrobi się wszystko. Od razu jutro.