— Co?!
Uczuł, że blednie. Stanął na środku chodnika i patrzył na nią rozszerzonymi z przerażenia oczyma.
Pociągnęła go za ramię.
— Pójdźże. Czemu patrzysz? Tak się cieszę. Nawet nie śmiałam się spodziewać, że pójdzie wszystko tak gładko. Dał mi adres lekarza, do którego mam iść po południu po orzeczenie, że to ze względu na moje zdrowie konieczne i jutro... No, chodźże nareszcie!
Butrym nie ruszał się z miejsca. Zatoczył się jeno mimo woli pod wpływem nagłego zawrotu, tak, że się musiał wesprzeć plecami o mur kamienicy, aby nie upaść.
— Zośka! — jęknął, nie zważając na przechodniów, którzy się im już zaczęli przypatrywać.
— No, czego chcesz? Widzę, że znów zaczynasz jakieś komedie — rzekła tonem naraz zmienionym.
— Nie rób ty tego! — szepnął, jakby nieswoim głosem.
— Czyś ty oszalał? Pójdź, bo ludzie patrzą. Czyś oszalał naprawdę? Miałabym teraz, gdy wszystko tak dobrze się składa...
— Ja nie chcę! Ja nie chcę!