Spojrzała teraz na niego nielitościwie zimnym, nienawistnym wzrokiem.
— Nie chcesz? A! Więc robiłeś wszystko, starałeś się niby, niby się godziłeś w nadziei, że mi się to nie uda?
— Tak — wyznał szczerze.
Żachnęła się nagle od niego.
— Och ty, ty! Jak ja ciebie nie znoszę za to komediaństwo twoje, za tę nieuczciwość, obłudę za tę złość twoją wobec mnie!
— Zośka! Ja dla ciebie nie jestem zły!
— A! Nie jesteś zły, a chcesz, żebym sczezła marnie, zginęła, byleś ty tylko postawił na swoim i byleś się cieszył... licznym potomstwem! I otóż ci się nie udało! Znaleźli się na szczęście ludzie lepsi dla mnie od ciebie, obcy ludzie, którzy mi dopomogli: Wanda i ten lekarz młody, co mi w tej chwili więcej okazał współczucia niż ty przez całe życie.
Krew uderzyła mu do głowy.
— Nie masz prawa tak mówić! Tych ludzi właśnie nic nie obchodzisz i dlatego ci pomagają. Ja jeden jestem ci życzliwy, ja jeden cię kocham.
— I chcesz mnie zabić dlatego! Och! Jakżeż ja cię strasznie nienawidzę, jak gardzę tobą!