Po dłuższych szukaniach i krążeniach znalazł nareszcie Butrym Podkieckiego w szpitalu. Wprowadzono go do małego pokoju biurowego, gdzie przy stole siedziało jakieś chude indywiduum zajęte pisaniem, i proszono, aby zaczekał.

Po pewnym czasie zjawił się doktór Podkiecki. Fartuch biały miał na sobie, zakasane po łokcie ręce trzymał wzniesione do góry.

— Profesor Butrym?

— Tak jest.

Podkiecki skłonił się głową, nie zmieniając pozycji rąk.

— Bardzo mi przyjemnie pana poznać. Miałem dotąd zaszczyt tylko z widzenia... Oddano mi pański bilet. Przepraszam, że dałem na siebie czekać i że ręki nie podaję, ale dłonie mam już do operacji umyte...

— Jeśli pan zajęty, ja mogę później...

— Nie, nie! Mam jeszcze chwilę czasu i chętnie panu profesorowi służę.

— Chciałem kilka słów...