— Służę panu — powtórzył Podkiecki.

Butrym spojrzał z boku na indywiduum zajęte pisaniem.

— Sprawa osobista...

Doktór się uśmiechnął.

— Możemy wyjść na korytarz, tam będziemy swobodni. Niech pan tylko zechce łaskawie drzwi otworzyć, bo ja się już nie chcę mytymi rękami klamki dotykać.

Wyszli na długi korytarz szpitalny. Podkiecki trzymał ciągle ręce wzniesione z rozłożonymi palcami i wciąż się uśmiechał, co chwilę przechodziły koło nich posługaczki, siostry miłosierdzia, lekarze...

Butrym zdjął kapelusz i obtarł spocone czoło.

— Pan otrzymał wczoraj mój list? — zaczął.

— Tak, proszę pana — odparł lekarz i patrzył na niego pytającym wzrokiem, jakby nie wiedział zgoła, o co chodzi.

— I jednak podjął się pan zrobić operację mojej żonie. Czy to pan ze stanowiska lekarskiego uważa za konieczne?