— Ach, mój Boże! Konieczne... To takie względne pojęcie. Być może, że kto inny mógłby być innego zdania. Jednakże ze względu na stan nerwów szanownej pani, na wysoki stopień rozdrażnienia... Medycyna dziś, proszę pana, musi się liczyć z momentami psychologicznymi...
— Prosiłem pana, żeby pan usiłował odwieść ją od tego zamiaru.
— Robiłem, co było w mojej mocy. Straszyłem ją trudnością operacji, która w istocie jest bardzo łatwa, dałem jej do zrozumienia, że może wypadnie ją uśpić, że ból będzie znaczny... Cóż było więcej do zrobienia? Pani taki ma chorobliwy wstręt do swego stanu, że godziła się na wszystko. Nie mogłem przecież skłamać i powiedzieć, że rzecz jest niemożliwa! Poszłaby do innego lekarza i wyśmiano by mnie po prostu.
— Tak. Dziękuję panu. Źle się stało.
Podkiecki przestał się uśmiechać i udał wielkie zakłopotanie.
— Czyżbym ja list pański źle zrozumiał? Pan sobie może wcale nie życzy tego, z czym pani do mnie przyszła? — spytał zgoła naiwnie.
— Przyznam się panu, że istotnie pragnąłem uniknąć za wszelką cenę...
— Ach Boże! Trzeba mi było wyraźnie napisać. Byłbym pani powiedział po prostu, że bez wyraźnej zgody pańskiej nie wolno mi niczego zrobić... Teraz to już pan sam chyba z żoną pomówi, bo mnie trudno się cofnąć, gdy obiecałem. Ale, widzi pan, to tak się stało... nie mogłem przecież przypuszczać, że żona pańska wbrew woli pana, że tam między państwem jest jakieś nieporozumienie.
Butrym wzniósł głowę.
— Żona moja nie robiła niczego za moimi plecami — rzekł z odruchem dotkniętej w jej osobie dumy swojej. — Nieporozumienia nie ma tu żadnego: ja godzę się na wszystko, co jest potrzebne i dziękuję panu.