Ukłonił się i wyszedł ze szpitala.

Czuł całą śmieszną bezcelowość dalszej z tym człowiekiem rozmowy.

Parę godzin, jakie mu pozostawały do wieczora, ubił, błąkając się po ulicach miasta i po odleglejszych kawiarniach, w których mógł być pewien, że nie spotka nikogo ze znajomych. Pod wieczór wrócił do domu. Pani Zośka przywitała go swobodnie i zaproponowała wyjście do teatru. Nie miał powodu się sprzeciwiać. Przebrał się mechanicznie, gdy wchodzili do loży, przedstawienie było już rozpoczęte. Siedział osowiały w kącie i patrzył tępym wzrokiem przed siebie. Pod koniec aktu, gdy miano rozpalić światła na widowni, żona zwróciła się ku niemu.

— Bój się Boga, nie rób przynajmniej wobec ludzi miny skazańca.

Uśmiechnął się trochę nieprzytomnie i głupkowato, a ona szybkim i nieznacznym ruchem pogłaskała go dłonią po twarzy.

— No, proszę — szepnęła miękko.

W antrakcie kilka znajomych osób przyszło ich w loży odwiedzić. Pani Zośka rozmawiała z nimi swobodnie i wesoło, słyszał jak przez mgłę jej srebrzysty śmiech i widział błyski jej jasnych oczu o kolorze zmiennej morskiej wody, w której się odbijają zielone wzgórza nadbrzeża i błękitne niebo nad nimi. Ktoś do niego zagadał. Odpowiedział przytomnie i spokojnie, jeno ciągle miał wrażenie, że to nie on sam mówi, tylko jakaś powierzchowna maska boleśnie przyklejona do jego twarzy, poza którą on się skrył, skurczony cały pod nieznośnym ciężarem swojej myśli.

W którejś z dalszych przerw między aktami przyprowadzono doń do loży młodego francuskiego matematyka, który w przejeździe przez Kraków, zapragnął mu się przedstawić. Francuz znał jego dzieła astronomiczne i mówiąc, tytułował go z wielkim szacunkiem: maitre114... Butrym dawał mu żądane wyjaśnienia i wygłaszał swoje teorie o prawie utrzymania równowagi we wszechświecie, potem podtrzymywał wszczętą rozmowę o Paryżu, do której z czarującym uśmiechem wmieszała się także pani Zośka i ciągle, ciągle miał nad wyraz nużące uczucie zupełnej obcości swoich słów, gestów, uśmiechu.

Wreszcie przedstawienie, z którego ani słowa nie rozumiał, skończyło się szczęśliwie. Pani Zośka miała jeszcze ochotę w towarzystwie kilku znajomych udać się wspólnie do restauracji, ale gdy na wzrok jej pytający szepnął, że wolałby dziś jechać prosto do domu, nie upierała się wcale przy swoim planie.

— Przepraszam państwa — mówiła słodko, żegnając się — ale Mietek dzisiaj tak znużony... Pracował dużo, a przy tym zaczyna się trochę, troszeczkę, ot tak odrobinkę starzeć. Prawda, Mietku? Jeszcze gdy żony nie ma, to sobie tam czasem młodsze lata wspominasz...