— Widzę, chwała Bogu, że przyszedłeś nareszcie do opamiętania i do rozumu. Cieszę się z tego, bo już doprawdy żal mi cię było, gdym widziała, jak się męczysz z głupstwa tragedią, którą sam w siebie wmówiłeś.

Usiadł obok niej na krawędzi łóżka.

— Zośka, niczego w siebie nie wmówiłem, a męczę się więcej, niźli ty to przypuścić możesz... I mam... mam prośbę do ciebie.

— Aha. Gdy cię wszystko inne zawiodło, masz prośbę.

— Tak. Gdy mnie wszystko inne zawiodło, mam prośbę. Robiłem wszystko, co mogłem, aby do tego nie dopuścić: nie udało się. Może i lepiej. Gdyby mi się było powiodło, byłbym zdobył szczęście odzyskania ciebie wbrew twojej wiedzy i woli... Zosik, ja mogę je teraz jeszcze otrzymać z twoich rąk, z łaski twojej.

— Do czego zmierzasz?

— Ty wiesz. Pomyśl, wszystko się tak złożyło, że nie masz już przeszkód, bo i ja zakazem nie stanę nigdy wbrew twojej woli ze względu właśnie na ciebie. Zośka, zrób teraz dla mnie, dla nas obojga tę ofiarę i wyrzeknij się swego zamiaru dobrowolnie. Daj znać Podkieckiemu, że się rozmyśliłaś...

— Czyś ty oszalał? — powtórzyła rzucone już rankiem pytanie.

— Może oszalałem, bo wierzę, że potrafisz być tak po królewsku wspaniałomyślna. Jeślim kiedy był głupio zły dla ciebie, żałuję tego. Nie dam ci odtąd nigdy, nigdy sposobności uskarżać się na mnie.

— Ach, znam ja te twoje obietnice i twój sposób postępowania ze mną. Z byłe błahego powodu nadokuczasz mi, zwymyślasz mnie ostatnimi słowami, dasz mi uczuć rzekomą wyższość swoją...