— A jakiejże ty chcesz innej? Najlepiej nie dręcz już mnie i siebie i idź spać.
— Słuchaj, powiedz mi tak szczerze: i ty nie masz wstrętu, przed tym coś zamierzyła? Nie czujesz całej ohydy tego?...
— Brzydzę się tym, jak wszystkim, co jest nieczyste i obrzydliwe, ale poza tym...
Zrobiła lekceważący ruch głową.
— Poza tym nic? Nie odczuwasz potworności takiego kroku, ty, matka?
— Mój kochany, oszczędź mi chociaż o tej późnej godzinie nauk moralnych i nie próbuj roztrząsać mojego sumienia, którego w tym względzie nie mam. Biorę rzeczy tak, jak są, bez deklamacji i pozy, które ty tak bardzo lubisz. Nie robię z bagateli tragedii. To cała rzecz.
— Tak, tragedią dla ciebie było tylko to, co jest naturalnym i zwykłym porządkiem rzeczy. O, ty zwierzę, zwierzę! — syknął przez zęby.
Zatrzęsła się naraz w histerycznym wybuchu.
— Dosyć mam tego! Jak śmiesz mi tu jeszcze rzucać obelgi? Ty jesteś zwierzę, ty jesteś podły, najpodlejszy człowiek, jakiego w życiu spotkałam! Byle jeno dogodzić swojej fantazji, byle na swoim postawić, to nic ci o mnie nie idzie. Najnieszczęśliwszy, przeklęty dzień mojego życia, kiedym ciebie poznała, ty! ty kiepski komediancie i dręczycielu!
Nerwy jej, od kilku dni naprężone i trzymane na wodzy jeno niezmiernym wysiłkiem uporu, nagle wzięły górę. Poskoczyła ku mężowi z podniesionymi rękami, jakby go chciała uderzyć.