Coś się w nim szarpnęło: jakiś odruch pierwotny przeważającego siłą samca. Mięśnie mu się w ramionach sprężyły i oczy zabiegły krwią, był moment jak mgnienie oka krótki, że chciał pochwycić żelazną dłonią te wzniesione nad sobą ręce i tę piękną, słabą, nad wszystko kochaną kobietę rzucić sobie brutalnie do nóg i bić głowę jej jasną, tłuc o ziemię i słuchać, aż z ust jej słodkich wydrze się okrzyk bólu, przerażenia, błagania o litość...

Opanował się. Ostatnim skurczem opawającego naprężenia mięśni pchnął ją jeno mimo woli od siebie tak, że upadła w tył na łóżko, uderzając ciężko głową o ścianę.

A w nim zerwała się jakaś potworna, dusząca fala, szarpnęła go za żebra, przydławiła krtań, rzucił się na sofę z wybuchem strasznego, niedającego się powstrzymać łkania. Wgniatał twarz w poduszki, gryzł dłonie, którymi usiłował jęk swój zatłumić, niezdolny nawet na tyle, aby wstać i wyjść z pokoju.

Naraz uczuł, że obejmują go ciepłe ramiona i usta drogie, jedyne błądzą pocałunkami po jego załzawionej twarzy.

— Mietek, Mietek! Uspokój się przecie!

— Odejdź! — wykrztusił przez spazm, pierś jego bolesnym skurczem zrywający.

Nie odeszła. Przygarnęła go obiema rękami jak dziecię do siebie.

— Gdybym była wiedziała, że tobie naprawdę tak strasznie o to chodzi — mówiła — gdybyś mi był od razu tak szczerze, tak otwarcie powiedział...

— Co wtedy? — szepnął z odcieniem jakiejś głupiej nadziei.

— Nie wiem, nie wiem. Ale można by się było wtedy spokojnie zastanowić. Może bym nawet była zdołała pogodzić się z tą straszną dla mnie rzeczą. Widzisz, niepotrzebnie knułeś jakieś intrygi, niepotrzebnie mnie zwodziłeś, obiecując niby pomoc, a w istocie pragnąc zgoła czego innego.