Pierwszym odruchem chciał Butrym utwierdzić go w tym przekonaniu, ale dość wcześnie przyszła mu na myśl bezcelowość tego kłamstwa, które aż nazbyt rychło by się wydało. Spuścił oczy, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Wstyd go objął nieznośny.

Krasołucki zauważył jego pomieszanie i dorozumiał się, jak rzeczy właściwie stoją. Uśmiechnął się dyskretnie i bąknął bez nacisku:

— Ach, więc ustąpiłeś...

Znać było, że nie poruszy więcej tego tematu, ale Butrymowi zdało się teraz, że musi koniecznie coś powiedzieć. Wtajemniczył tego człowieka w całą historię i to nareszcie — jak się okazało — niepotrzebnie, zapragnął więc teraz salwować jakoś opinię swej żony.

— Wiesz, pokazało się — zaczął — że to jednak istotnie było ze względu na jej zdrowie wskazane...

Krasołucki popatrzył nań badawczo i przenikliwie.

— Aha. Było wskazane. I któż ci to powiedział?

— Doktór Podkiecki — wymienił nazwisko odruchowo i niebacznie.

— Hm, doktór Podkiecki...

Szli znowu jakiś czas w milczeniu. Dopiero na plantach Krasołucki zwrócił się do profesora: