— Rozumiem cię, że nie chcesz ze mną o tym mówić, ale... to niedobrze się stało, niedobrze!
— Ja wiem, że niedobrze — szepnął Butrym, niezdolny w tej chwili do dalszej komedii.
— Nie mogłeś zapobiec?
W milczeniu potrząsł głową przecząco.
Krasołucki mówił znowu:
— Powinieneś był jednak wystąpić stanowczo, tak jak od początku radziłem. Przede wszystkim ze względu na zdrowie. Jeden taki figiel lub dwa mogą kobietę na całe życie zrujnować. Ja ci to mówię jako lekarz. A potem... i to także ważne...
Zamilkł i patrzył przed siebie, jakby niepewny, czy ma myśl swoją wypowiedzieć.
— Potem... niepotrzebnie okazałeś się słabym — dokończył wreszcie. — To się mści.
— Było wskazane — próbował Butrym jeszcze kłamać.
— Faramuszki, moje złoto! Przecież ty wiesz równie dobrze jak ja, że to nieprawda. Pani była może bardzo zdenerwowana, ale to zwykły objaw. Po pewnym czasie nastąpiłby spokój. Ja sam początkowo z tego tragedii nie robiłem, ale teraz mi cię żal, gdy patrzę na ciebie. Wskazane! Wskazane! Znam ja Podkieckiego. Bardzo szlachetny i uczynny człowiek. Ma zasady. Pomaga kobietom i to bezinteresownie. Nikt mu nic zarzucić nie może. Człowiek uczynny i szlachetny. Wiem, jak to urządza: wszystko otwarcie i „legalnie”!