— Wszystko jedno, już wszystko jedno — powtarzał w kółko, nie zdając sobie nawet jasno sprawy ze znaczenia tych wyrazów.

Zbliżyła się wreszcie czwarta. Wstał mechanicznie, bez pośpiechu i zapłaciwszy rachunek, wyszedł na dwór. Uderzyło nań światłem i ciepłem przepojone niemalże wiosenne już powietrze. W zmrużonych przed blaskiem oczach zaroiły mu się tłumy przechodniów, wesołe, uśmiechnięte, gwarne, dążące gdzieś, dokądś, po coś... Jakaś uliczna przekupka zbliżyła się doń z koszem niepachnących, cieplarnianych czy też z południa sprowadzonych fiołków. Nie wiedząc nawet co robi, wziął jedną wiązankę.

Przypomniała mu się naraz wenecka kwiaciarka i purpurowe gwoździki. Obejrzał się mimowolnym ruchem, jakby się spodziewał dojrzeć gdzieś w tłumie Zośkę...

Uśmiechnął się gorzko i fiołki wgniótł niedbale do kieszeni płaszcza.

Zaczął iść, zrazu wolno, potem coraz śpieszniej, aż w końcu spostrzegł, że biegnie prawie, roztrącając zdumionych przechodniów. Umiarkował krok.

— Nie mam się przecież po co śpieszyć — szepnął do siebie.

Było nieco po czwartej, gdy zadzwonił do zamkniętej bramy lecznicy. Wymienił nazwisko żony, wskazano mu numer pokoju na pierwszym piętrze. Szedł już prawie bez wzruszenia, nie zawahał się nawet, naciskając klamkę drzwi.

Leżała w łóżku na wznak, biała jak płótno.

Uczuł nagłe zdławienie w gardle i ckliwość około serca, nogi pod nim osłabły jak galareta. Zrozumiał: było już „po wszystkim”. Z trudem zbliżył się do łóżka.

Nie poruszając głowy, uśmiechnęła się doń jasno i przyjaźnie pobladłymi wargami.