— Nie — odparł z roztargnieniem.
— I uspokoiłeś się już?
— Najzupełniej.
— Kochasz?
Zawahał się z odpowiedzią. Wyraz tak często i z głębi duszy do niej mówiony, wydał mu się w tej chwili czymś zupełnie bez znaczenia.
— Owszem, kocham — rzekł nieswoim głosem.
— Pocałuj. Taka jestem biedna...
Uniósł się, aby musnąć ustami jej czoło i usiadł znowu. Głowę miał schyloną, widział tylko jej białe ręce na kołdrze złożone.
Zamajaczyło mu coś w oczach. Jakiś daleki, daleki dzień... Obszerny, niski pokój w weneckiej oberży. Białe dłonie z zaróżowionymi paznokciami, które chłonął w niesytych, rozkochanych pocałunkach...
Jakaś powrotna fala odpływającej już miłości uderzyła nań i gwałtownym spazmem ścisnęła mu pierś. Omal że nie krzyknął i nie padł czołem i ustami na te ręce bezwładnie, na szpitalnej kołdrze cicho bielejące...