Przypomniały mu się naraz własne słowa, bodajże do Turskiego przed laty wypowiedziane:

„Kobieta potrafi być tylko naszą nałożnicą, albo matką naszych dzieci...”

Zatrząsł się cały. Znowu uczucie wstrętu jak góra piasku na ostatnią falę się osuwająca...

Spuścił głowę jeszcze niżej i milczał. Czuł, że sytuacja jest nad wyraz głupia i nużąca. Było zbyt wcześnie, nie wypadało mu wstać i odejść. Zaczął szukać w myśli jakiego tematu, choćby najobojętniejszego, aby zacząć rozmowę, i absolutnie nic nie mógł wynaleźć. Nareszcie zauważył, że ona cicho płacze.

Podrażniło go to w pierwszej chwili, a potem naraz jakiś cień smutnej, rozpaczliwie ostatniej nadziei... Jak gdyby z rozbitego okrętu, którego skarby poszły na dno wyłowiona jedna, cenna perła, co może się stać zadatkiem nowego bogactwa...

— O co płaczesz? — spytał miękcej i zbliżył się ku niej. — Czy żal ci może w tej chwili tego, co się stało?

— Och, nie! Z tego jestem, bardzo, bardzo rada. Tak mi się ulżyło, jakby jakiś ciężar straszny ze mnie spadł. Ale widzę, że ty nie opamiętałeś się jeszcze zupełnie, gdy wrócę do domu, czekają mnie znowu wyrzuty, przykrości...

Uśmiechnął się przykrym skrzywieniem zmrożonej naraz twarzy.

— Będę się starał nie robić ci przykrości.

Rad był prawie, gdy za chwilę weszła Bergerowa.