Wdówka przywitała się z nim swobodnie, jeno w kącikach ust zamigotał jej lekceważąco-zjadliwy uśmiech. Zbliżyła się do chorej. Butrym ustąpiwszy jej miejsca, usiadł opodal i słuchał obojętnie, jak rozmawiają z ożywieniem, jak pani Wanda wypytuje się Zośki o szczegóły, a potem rozpowiada jej różne miejskie plotki. Chwilami uderzył go śmiech srebrzysty jednej lub drugiej i znów troskliwa uwaga Bergerowej:
— Moja droga, tylko się nie ruszaj, bo to główna rzecz...
Duszno mu było.
Powstał i zabierał się już do wyjścia, gdy naraz doktór Podkiecki wszedł do pokoju.
Butrym mimo woli spojrzał na żonę: uśmiechnęła się z serdeczną wdzięcznością, patrząc na lekarza.
— Czy może przeszkadzam? — spytał trochę niezręcznie.
Podkiecki zwrócił się uprzejmie ku niemu.
— O, nie, bynajmniej! Teraz pani badać nie będę, chciałem tylko zobaczyć, jak się miewa...
Ujął za puls i rzucił okiem na tablicę, na której pielęgniarka zapisała mierzoną niedawno temperaturę.
— Doskonale! Jeśli tak dalej pójdzie, za pięć lub sześć dni będzie pani mogła wrócić do domu.