Butrym dotknął podanej dłoni i bąknął coś niezrozumiałego.

— Pan o każdej porze może tu żonę odwiedzać, wydam polecenie, ale proszę uważać, aby się pani teraz nie denerwowała — mówił Podkiecki.

— Tak. Będę uważał.

Pożegnał się i wyszedł.

Na korytarzu, kładąc ręce do kieszeni płaszcza, trafił na zmięty bukiet fiołków. Wyjął go i rzucił obojętnie gdzieś poza siebie.

Zaczął zstępować ze schodów. Miał wrażenie, że za każdym krokiem wiodącym go naprzód i w dół, rwą się jakieś niewidzialne nici, do pleców jego, do rąk, do głowy, do nóg przywiązane. Wyciągają się, prężą i pękają. Nie mogą go wstrzymać. Idzie naprzód. Odchodzi od niej. Ciężko mu iść. To takie bolesne. To już nie nici, ale nerwy jego własne, żyły, krwią czerwoną tętniące, sieć cała żywa, którą musi przerwać i iść, iść...

— Stało się — rzekł na ulicy i odetchnął głęboko.

Epilog

Z czołem przyciśniętym do szyby wagonu patrzył Butrym w noc i pustkę. Deszcz zimny, jesienny ściekał po zamglonym szkle, poza którym błysnęło tylko czasem światło przed domkiem dróżnika lub zapłonęły lampy małej stacyjki, szybko w pędzie mijanej. Nieustanny zadyszany, twardy łoskot kół, czasami gwizd przeciągły, w ciężkim powietrzu bez echa się gubiący i znów szelest łaskotliwy i zaciekły kropel deszczowych w szybę siekących.

W przedziale światła były przyćmione, rolety od strony korytarza zasunięte szczelnie.