Coś się poruszyło w cieniu na poduszkach siedzenia. Profesor zwrócił głowę i począł nasłuchiwać czujnie. Uniósł się wreszcie ostrożnie i spojrzał. W słabym obrzasku, przez zieloną na lampie osłonę bijącym, widniała jasna główka dziecięca. Chłopiec oczy miał zamknięte, ale poruszał wargami, jakby rozmawiał z jakimś widzeniem co go snać we śnie naszło.
Ojciec z zapartym oddechem nasłuchiwał przez chwilę, aż wreszcie widząc, że chłopak śpi znów spokojnie, wrócił na dawne miejsce przy oknie.
— Cóż robić, cóż robić — szeptał do siebie — nie było innej rady!
Siedział znów i dumał.
Przesuwały mu się w pamięci dzień po dniu te miesiące, które upłynęły od owego pamiętnego dnia przedwiosennego. Miesiące męki, szarpania się i coraz głębszego rozdziału. Miesiące, które mu twarz pokryły zmarszczkami i przybieliły siwizną włosy na skroniach.
— Powinienem był już wówczas wiedzieć, że tak się stanie — myślał.
Tak, powinien był wiedzieć, a jednak...
Jednak walczył jeszcze z jakąś rozpaczliwą, nieokreśloną nadzieją, że da się naprawić, to co zepsute już było niepowrotnie, że znajdzie się siła, mogąca zasklepić tę rysę z każdym dniem głębszą i szerszą, i bardziej otwartą. Walczył z własnym żalem, z pamięcią swoją, walczył ze wstrętem, który go od niej odpychał i znów z miłością swoją, co go do nóg jej ciągnęła, pragnąc pokonać jedno z dwojga, które się słabszym okaże. Ale oba uczucia były jednakowo silne — i miłość, i wstręt, więc męczył się w potworny sposób i ją zamęczał przy sobie.
I znowu szukał w jej duszy odruchów, które by mu pozwoliły rozpocząć życie z nią po prostu od nowa. Jak szpieg czatował na jedną myśl jej: aby kiedykolwiek w słowach, w oczach, w zadumaniu bodaj wyczytać, że tego, co się stało, chociażby przez moment jeden żałuje. A kiedy moment taki sam ze siebie nie przychodził, usiłował go wywołać za wszelką cenę w sposób zarówno nierozumny i naiwny, jak okrutny. Bywało, że w rozmowach długich, nasyconych jakąś chorobliwą elektrycznością nerwów, przypominał jej całe przejście, rozgrzebywał każdą okoliczność, każdą bliznę rozdzierał i z niewypowiedzianą męką dla samego siebie znęcał się nad nią w słowach bezlitośnie, wciąż w głupiej i śmiesznej nadziei, że tą pośrednią drogą wywoła w niej żal, którego czekał jak odkupienia.
A w niej wzbierał istotnie żal, coraz większy i głębszy, ale tylko przeciw niemu.