— Nie umiesz być dobrym! Nie umiesz zapomnieć! — krzyknęła raz.

Rozłożył ręce ruchem bezradnym:

— Nie umiem.

Wreszcie współżycie ich, od dawna już niedobre, stało się teraz jakąś piekielną parodią małżeństwa. Nie było już między nimi rozmowy, która by na obopólnych wyrzutach nie utknęła, nie było postępku, którego by drugie nie brało za cios przeciw sobie wymierzony, wyrazu, za którym nie podejrzewaliby wzajem ukrytego zamiaru obrazy lub dokuczania.

Dla niej stał się mąż czymś najzupełniej obojętnym, co tylko wisiało nad nią, jak zmora życie jej zatruwająca, nie mogła i nie chciała zrozumieć walki, która się w jego duszy, bądź co bądź do obłędu ją kochającej, odbywała.

Rzekł raz do niej, w wybuchu szczerości, gdy się na postępowanie jego uskarżała:

— Kocham cię i właśnie dlatego cię męczę!

— Więc raczej nie kochaj, a pozostaw mnie w spokoju! — odparła.

A on myślał ciągle, że właściwie tak łatwo mogłaby ona wszystko zmazać i naprawić!... Jedna, jedna chwila i tylko te słowa z głębi duszy wypowiedziane: „Żałuję tego, co się stało”. Łudził się, że to by wystarczyło.

Ale ona nie umiała kłamać, a żalu nie odczuwała żadnego.