Gdy wreszcie spostrzegł bezcelowość i fałszywość swojej drogi, było już za późno. Byli w dwóch odrębnych światach myśli i uczuć, porozumienie stało się rzeczą wręcz niemożliwą.
Więc oto odjeżdża z synem w świat.
Aby nie wrócić.
Pożegnała go obojętnie, prawie wesoło raczej, jakby zadowolona, że się pozbywa nareszcie gniotącego ją ciężaru. Nie robiła mu żadnych wyrzutów ani wymówek, owszem zapewniła go na rozstaniu, że dobrze mu życzy. Spokojnie roztrząsała z nim materialną stronę nowego układu ich życia.
Widział, że jest już dla niej niczym, tak dalece niczym, że nawet... dobrze mu życzy, byle tylko przy niej się nie znajdował.
A on, stanowczy na pozór, chłodny i spokojny, drżał cały na zewnątrz. Było już wszystko gotowe, a on odwlekał jeszcze chwilę wyjścia z domu, jakby się jeszcze czego spodziewał, jakby się w ogóle mógł jeszcze spodziewać czego. Wbrew wszelkiej logice i wszelkiemu prawdopodobieństwu zdawało mu się, że stanie się jeszcze coś niespodziewanego, że ona powie jakieś słowo, jakiś gest uczyni, po którym po dawnemu, po dawnemu w ramiona ją ogarnie i okrywać będzie pocałunkami, witając cud nowego świtu, nowego życia wspólnego po tej straszliwej męce ostatnich lat i miesięcy.
Nic z tego.
Podała mu rękę z lekkim, przelotnym uściskiem.
— Bądź zdrów.
— Bądź zdrowa...