— Potem pojedziemy znów dalej, jeszcze jeden dzień i noc jedną... Malec położył znów głowę na poduszce.
— Aha, i tam mamusia do nas przyjedzie — mruczał, zasypiając — przyjedzie mamusia i przywiezie mi drewnianego konia, którego zapomniałem zabrać z domu. Ten koń ma wyrwany ogon, ale to nic, bo on i tak biega...
Zaległa znów cisza, mącona jedynie łoskotem kół i ciągłym, nielitościwym siekaniem deszczu o szybę.
Butrym wrócił do pierwotnej pozycji. Wsparł znowu czoło na oknie i patrzył w mroczną, zimną pustkę, z której — zda się — na próżno usiłował uciec pociąg, całą siłą pary pędzący. Pustka i noc szły za nim, ogarniały go, chłonęły. Rozpaczliwy, do zachrypłego jęku podobny gwizd wyrywał się z zadyszanych stalowych płuc maszyny i gasł w ciężkim od deszczu i mgły powietrzu.
Zdało się Butrymowi, że patrzy we własną przyszłość swoją.
I naraz zatrząsł się wszystkimi mięśniami.
Niespodziewanie, bez żadnego widocznego powodu, stanęły mu w pamięci — jasno i wyraźnie — zagubione słowa Firdussiego. Jak gdyby kto biczem nielitościwie ciął go przez twarz, przez serce. Zwinął się w nagłym bólu, jak robak kolcem przebity. Och, zapomnieć je, zapomnieć na powrót... Kiedy ich już we właściwej chwili nie pamiętał!
Złożone pięście117 przycisnął do ust, czoło wgniótł silniej w zimną szybę, jakby chciał zdusić myśli pod czaszką wirujące.
A jednak Firdussi miał słuszność... To także straszne, a przecież proste i jasne, i powinien był o tym i bez słów dziwnego Persa wiedzieć.
„Własne niedołęstwo człowieka, który zeszedł dla kobiety z prawowitej drogi ku gwiazdom, wywołuje grzech dookoła i on w nim ginie. Zgwałcony los się mści — i on poniesie karę — bez oczyszczenia...”